Pełnia robaków i kruków

Dzisiaj jest piękna pełnia księżyca. Obserwowałam ją wracając wieczorem z kolejnego zaskakującego spotkania mam i dzieci ale o nim kiedy indziej.Dla nas dzień dzisiejszy jest jednak zaledwie symboliczną połówką. Dokładnie sześć miesięcy temu urodziłam pierwsze dziecko – syna.

Nadal pamiętam dziwną pozycję, w której siedziałam w nienapełnionej wodą wannie trzymając w ramionach miniaturowego człowieka. Był na prawdę malutki – trochę ponad dwa kilo. Jego fantazyjna fryzura (długie włosy wokół łysinki na środku głowy) i zafrapowane pomarszczone czoło sprawiły, że pierwsze co pomyślałam: wyglądasz jak różowy mistrz Yoda. Dopiero po chwili zauważyłam niepokojąco mleczne oczy ale o tym też innym razem.

Wszystko wydarzyło się tak szybko. Dziwna noc kiedy skurcze nie dawały spać. Godziny spędzone w wannie na liczeniu i oddychaniu. Telefony do położonej i odkładanie wyjazdu do szpitala bo skoro nie boli strasznie to pewnie mamy jeszcze czas. Kanapka zrobiona przez męża, którą bardzo chciałam ale potem nie zjadłam. Klęczenie na podłodze i warczenie, które straszyło koty. Potem rozkołysana wędrówka trzy piętra w dół i przez caaaaałe podwórko. Zdenerwowany brat ostrożnie prowadzący samochód i sterta kamieni na tylnym siedzeniu, których nie zdążył przełożyć po wykopaliskach. Gdzieś w połowie drogi miałam przebłyski – jeszcze  jedne czerwone światła i urodzę na tych krzemieniach. Mina pani z recepcji i szybka reakcja aby nie trzymać mnie w kolejce. Potem zjawiła się moja położna i po krótkiej kontroli stwierdziła:

– Dziewczyno, przecież ty masz już 10 centymetrów! Rodzimy!

Szybka ewakuacja do windy, kolejny skurcz – dzięki Bogu za długą zimną poręcz – i przerażona mina laboranta, który był w środku i nie miał jak uciec. Szłam prowadzona za rękę do domu narodzin. Sale europejskie: Paryż, Rzym, Londyn i nagła myśl: tylko nie Londyn! Mój szkocki klan by mi tego nie wybaczył. Na szczęście wybór padł słusznie  na Rzym – niech współgra z nazwiskiem.

– Kochana gdzie chcesz iść? Łóżko? Wanna?

– Wanna!

– Dobrze ale możemy nie zdążyć napełnić.  Trochę się pospieszyłaś. A przez telefon taka byłaś opanowana i konkretna.

– Trudno. Chcę do wody. Zadawałaś konkretne pytania to też konkretnie odpowiadałam.

Kolejny skurcz łapie mnie okrakiem na wannie. Następny klęczącą po kostki w wodzie i wtedy pojawia się maleńka kudłata główka a zaraz po niej cała reszta Yody. W czepku urodzony.

Najlepsza na świecie położna mówi, że nie zdążyła się przebrać, tylko rękawiczki założyła. Ojciec miał ogrzewać pieluchy i kolonizować je bakteriami z własnej klaty a zdążył tylko wyciągnąć je z torby.

Patrzę na mojego syna. On wydaje się patrzeć na mnie. Teraz wiem, że pewnie wcale mnie nie widział. Pomarszczony nosek opiera się o mnie. Jest taki lekki. Zostaję w pustej wannie tylko tyle aby dokończyć. Nie pamiętam kto odciął pępowinę. Robi się zimno. Asekurowana wychodzę i na moment oddaję synka tacie. W jego ramionach wydaje się jeszcze mniejszy. Szybka kontrola – nie ma co szyć. Idę wziąć prysznic. Wszyscy zdziwieni, że sama chodzę, myję się i ubieram. Potem leżę na łóżku próbując zachęcić maleńkie usta do chwycenia ogromnej brodawki – komicznie to wygląda.

Pozwalam na chwilę go zabrać do badań i ważenia. Trochę za mały ale 10 punktów dostaje. Tylko te oczy…

Dzwonię do mamy, że może już przyjechać.

– Zaraz będę, wysiadam już z windy.

No tak. To pierwszy wnuk. A miała być wnuczka. Nadal chichoczę wspominając jej przekonanie, że mam w brzuchu małą czarownicę. A tu proszę, psikus, siusiak.

Pochłaniając sos boloński obserwuję jak ojciec i babcia próbują włożyć malutkie ciałko w ogromne ubranka rozmiar 50.

Mój syn jest bardzo spokojny. Wygląda na zmęczonego i lekko zaskoczonego całą sytuacją. Delikatnie dotykam maleńkich uszu i pozwalam aby miniaturowe paluszki oplotły mój kciuk. Trudno uwierzyć, że to różowe pomarszczone cudeńko wyszło ze mnie. Docierają do mnie tylko niektóre komunikaty. Trochę działam jak robot. Moją całkowitą uwagę ma Yoda. Wszystko wygląda po staremu. Wszystko jednak się zmieniło i nic nie będzie jak dawniej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s