Yoda ćwiczy (moją) wytrwałość

Siedzę przed salą i słucham wrzasków mojego syna dochodzących zza zamkniętych drzwi. Patrzę na zegarek, minęło już 20 minut. Staram się czymś zająć ale natura postarała się aby dźwięk ten był trudny do zignorowania. Czytać się nie da, pasjansa nie mogę ułożyć a statystyki w Quizwaniu nie pozwalają mi na kolejną przegraną z czyhającą na każde potknięcie Panią Kierownik-inżynier-od-(nie)czystości. Nie sądzę też aby po ośrodku biegały jakiekolwiek pokemony. Zastanawiam się co robili rodzice czekający na dzieci zanim upowszechniły się telefony. Trzeba się czymś zająć aby nie odejść od zmysłów.

Yoda nigdy nie przepadał za fizjoterapią. Czasem tolerował ćwiczenia lepiej, innym razem gorzej ale nigdy nie wykazywał specjalnego entuzjazmu do „siłki”. Zaczęłyśmy pracować dość wcześnie bo miał wtedy jakieś trzy miesiące. Nasza fizjoterapeutka jest konkretną i kompetentną kobietą. Nie kumplujemy się ale mam do niej zaufanie. Z dwiema pozostałymi fizjo, z którymi czasem ćwiczy Yoda mam bardziej przyjacielskie relacje. Niestety odnoszę wrażenie, że Yoda więcej pracy wykonuje z chłodniejszą i zdystansiwaną fizjo – nazywam ją Chodakowska bo po jej zajęciach mój syn wyglada jakby właśnie skończył „skalpel” albo „killera”.
Niestety Yoda wszedł właśnie w okres lęku separacyjnego co owocuje tym, że przez większość czasu nie ma ochoty robić nic z nikim oprócz mnie. Pani psycholog jest zadowolona bo oznacza to, że jego rozwój przebiega prawidłowo. Ja i reszta terapeutek wykazujemy mniejszy entuzjazm.

To nie jest spazmatyczny krzyk rozpaczy połączony z wodospadem łez i spojrzeniem mówiącym „jak mogłaś mi to zrobić?!” tylko małe ale bardzo wkurzone ciałko domagające się aby natychmiast przestać wszelkich wykonywanych czynności. Po 25 minutach odbieram bardzo wrzeszczącego pomidora, który magicznie od razu się ucisza. Nie wtula we mnie chowając twarz tylko tryumfalnie patrzy na fizjo – „ha! wygrałem, teraz siedzę na mamie i będę się wspinać, uśmiechać, mówić dadada a ty nic mi nie zrobisz”. Aż do piątku kiedy będą następne zajęcia.

Zwykle jestem obecna podczas wszystkich zajęć, czasem nawet czynnie biorę udział motywując Yodę ale przy ostatnim braku współpracy postanowiłyśmy wypróbować czy nie będzie lepiej pracował gdy nie będzie mnie w zasięgu wzroku. Niestety nie. W domu podczas zajęć z psychologiem lub tyflopedagogiem ćwiczy beze mnie ale zajęcia są w jego pokoju, we własnym foteliku lub na macie i oczywiście w czujnej asyście naszych kotów.

Te pół godziny jest wyczerpujące. Dla mojego wrzeszczącego syna ale też dla mnie.

Jedna z terapeutek z Tęczy zwróciła kiedyś uwagę na ciekawą rzecz, dzieciaki z problemami wzrokowymi (ale też te z wszystkimi innymi wadami) pracują więcej i ciężej od zdrowych rówieśników. Podczas gdy większość dzieciaków łazi po parku albo bawi się w domu my jeździmy na rożne terapie. To czasochłonne i często męczące dla dzieci oraz rodziców. Mało kto o tym mówi a wielu rodziców dzieci zupełnie zdrowych zupełnie nie rozumie. Ja też nie byłam w stanie tego ogarnąć dopóki nie pojawił się Yoda. Mam teraz szacunek ale też większe zrozumienie dla przyjaciół z dziećmi niepełnosprawnymi.

Nakarmiwszy i napoiwszy od tej chwili najspokojniejsze i uśmiechnięte dziecię decyduję się nagrodzić samą siebie mrożoną kawą. Dzielnie zniosłam ćwiczenia z niestawania z kanapy i niezabierania Yody z sali.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s